Wróciłam.
Dużo działo się w ostatnim okresie. Miałam wiele spraw do przemyślenia i problemów do rozwiązania. Sytuacji dobrych i złych. Niektóre zostały rozwiązane i zaczynają odchodzić w przeszłość, inne siedzą za skórą i swędzą jak ślady po komarach.
Namówiłam nareszcie Mamę na zadbanie o zdrowie, wymarudziłam i wymolestowałam, by poszła do lekarza. Prośbą, groźbą i łaciną podwórkową w końcu wymusiłam, co chciałam. Załatwiłam wszystko. Postawiłam upartego Chomika pod ścianą, rezerwując jej busa do Warszawy, wizyty lekarskie i załatwiając miejsce w szpitalu. Zapierała się czterema łapami, wykręcała jak piskorz. Uległa po prawie dwóch latach i to tylko dlatego, że dostała mocnego krwawienia i sama się przestraszyła. Ufff, postawiłam na swoim, zanim zrobiło się za późno.
Chomiczek została zawleczona do szpitala, pokrojona i pozszywana. Od operacji miną w środę 3 tygodnie. Teraz powolutku się goi, warczy na mnie, że przez mnie boli ją pewna część ciała, ale łypie na świat trochę spokojniejszym okiem. Przynajmniej w kwestii zdrowotnej.
To oko jest jednocześnie mocno załzawione, ponieważ – jak już pisałam – zmarła Babcia. Mama mojej Mamy. Miała 89 lat. Odeszła cichutko, w obecności swoich dzieci, czyli Mamy rodzeństwa. Odeszła po kilkumiesięcznej męczarni, pełnej wysokiej temperatury i zaników przytomności, odleżyn, trudności z połykaniem płynów, niemożności poruszenia się. Od śmierci Dziadka, która nastąpiła 15 lat temu, powtarzała, że chce do Niego. Jej życzenie się spełniło. Są już razem, gdzieś. Może w świetle, może w nicości. Są.
Dwie te sprawy, połączone z ostatnim cyrkiem w mojej pracy (o tym innym razem, bo jeszcze na samą myśl mam chęć trenować plucie jadem w dal) przypomniały nam, że najwyższy czas podjąć decyzje o dalszym życiu. Przypomniały, że nie można trwać w zawieszeniu, odkładać w nieskończoność niektórych decyzji, turlać się od dnia do dnia, wszystkich identycznych. Przypomniały o marzeniach, o tym, że marzenie bez próby realizacji jest niczym. O tym, że są ważniejsze rzeczy od ciągłej gonitwy. Wreszcie o tym, że niedługo wyjdą nam zmarszczki na paszczach, a gdy w rubryce „wiek” pojawi się z przodu liczba 4, jeszcze trudniej będzie się zdecydować na zmiany. Wiem, tajemniczo piszę na razie, ale zaraz rozwinę temat. Beondo, jeśli to czytasz – to nie jest to, o czym myślisz! Cierpliwości!
Czym dla mnie są marzenia? To coś, co powoduje nagły uśmiech na twarzy, choć wokół nie dzieje się nic śmiesznego. To sen, po którym wstaje się w pełni wypoczętym. Siła, co powstrzymuje nas przed skokiem z mostu, gdy jest już bardzo źle. To myśl, brzęcząca w głowie „jeszcze tylko …. i będzie…”, sprawiająca, że schody stają się mniej strome, a torby z zakupami lżejsze. Napędzają do działania, dają chęć do życia. Zajmują mało miejsca, a mają nieograniczoną pojemność. Można po nie sięgnąć wszędzie i nikt nie zauważy wyjęcia ich ze schowka. Można być w tłumie ludzi w śmierdzącym autobusie i jednocześnie we własnym świecie.
Marzenia ma każdy. Mniejsze, większe. Nasze to spokój, cisza, zieleń. To brak pędu, kawa na własnym tarasie, zapach koszonej trawy, książka czytana przy śpiewie ptaków, sarny za płotem. Dojazd do pracy krótszy niż godzina w jedną stronę (godzina pod warunkiem, że nie ma korków, bo jak są, to podaną godzinę można dowolnie zwielokrotnić). Czas na zainteresowania. Chęć na spacer po pracy, zamiast wszechogarniającej chęci na wykonanie padu płaskiego na pysk, najlepiej jeszcze w ubraniu. To psy na podwórku i quad gotów do kolejnej trudnej trasy.
Wychowałam się w leśniczówce. To wyłazi ze mnie każdym porem skóry. Mieszkam w Warszawie 8 lat. Przyzwyczaiłam się, ale nie przywiązałam do tego miasta. Za każdym razem, gdy wyruszam poza nasze Nowodwory, ogarnia mnie wstręt. Korki, spaliny, tabuny ludzi, galopujących za nie wiadomo czym. Zatłoczone centrum, rwące kolorowe strumienie na chodnikach. Nie wolno zatrzymać się na moment i zamyślić, bo strąbią, nawarczą, zwyzywają, zdepczą.
Spełnienie tych marzeń jest daleko stąd. Gdzie? To będzie następna notka.
skomentuj (0)